martyyna

Pani Misiowa

575

Brak komentarzy

Dziś moje 35 urodziny.

Kryzys wieku średniego…Od jakiegoś czasu same głupie rzeczy chodzą mi po głowie. Na szczęście zero szans na realizację.

Przyziemna codzienność.

574

Brak komentarzy

Miałam tyle do napisania i nagle PUSTKA!

Mam zły dzień, jestem zmęczona i niewyspana. Humoru brak.

Od dłuższego czasu jestem zacumowana w przystani :beznadzieja! Jedyna radość to chłopcy, ich uśmiechy, buziaki i przytulanki. Po to jestem żeby moje dzieci były szczęśliwe i bezpieczne.

Dlaczego po za mężem i dziećmi moje życie to taka kicha? Dlaczego do jasnej cholery umarli Ci, których najbardziej kochałam? Dlaczego moje dzieci nie poznały swojej cudownej prababci Irenki? Dlaczego nie poznały swojego dziadka? Dlaczego ciocia była taka chora? Dlaczego i dlaczego, i dlaczego. I z każdym kolejnym „dlaczego?” jestem coraz bardziej wściekła i rozżalona. Dlaczego właściwie mnie to wszystko spotkało?!!!!

Ludzie – bliscy, dalecy, obcy – ciągłe rozczarowania. Co robię źle? Dlaczego nie zasługuję na dobrych, szczerych ludzi w koło?

Ehhh……

573

3 komentarzy

Żyję, śpieszę się, „Mamo to,mamo tamto”, nie mam czasu. Nie mam czasu dla siebie, nie mam czasu na myślenie.

I nagle bam zderzenie z rzeczywistością. Słaby plan Bóg dla mnie przewidział.

Może inaczej… O ile szczęśliwsza mogłabym być gdyby moje życie potoczyło się inaczej. Jak cudownego dziadka miałyby moje dzieci gdyby żył mój Tata, Ciocia też by ich rozpieszczała. Choroba bardzo ją zmieniła ale przecież dzięki niej miałam cudowne dzieciństwo. Moja mama – jestem przekonana, że byłoby inaczej gdyby nie miała tego udaru.

To będą dla mnie smutne Święta, przepełnione tęsknotą i okropnym poczuciem samotności :(

572

Brak komentarzy

Weekendy takie jak ten i czuję, że jestem, że żyję tylko po to żeby gotować, prać, sprzątać. Nie mam czasu dla siebie, nikt nie ma dla mnie czasu, nikomu nawet przez myśl nie przemknie, żeby znaleźć dla mnie czas.

Nie mam siły myśleć i nawet mi się nie chce tego wszystkiego czuć.

Nie mam życia, nie ma mnie, są chłopcy i Misiek, są sprawy Cioci, są psy i koty, i tylko mnie nie ma.

Kocham moje dzieci jak wariatka, do szaleństwa, bez opamiętania. To nowa ja?

571 – życie

Brak komentarzy

23 maja 2015 roku umarła moja Ciocia, osoba najbliższa mi na świecie, którą kochałam tak jak się kocha własną matkę.

Zostałam sama i już nic nie jest takie jakie było. Rzeczywistość i prawda okazały się zupełnie inne niż wierzyłam, że są. Teraz nawet nie mam kogo zapytać kim tak naprawdę jestem.

Zgubiłam gdzieś po drodze jakąś część siebie. Zgubiłam ją w macierzyństwie, w małżeństwie, w śmierci najbliższej osoby. Miałam nadzieję, że odnajdę ją w pracy ale tam też już nic nie jest takie samo. Brakuje mi mnie, brakuje mi tego co mnie napędzało, motywowało. Chwilami jest mi źle z nową mną, czuję się stara, zmęczona i strasznie nudna. Najgorsze jest to, że nie mam czasu na poszukiwania siebie i nawet nie wiem gdzie powinnam się szukać. Desperacko dotykam przeszłości ale tam mnie już nie ma bo nie czuję jakbym się odnalazła.

Małe Misiątka są cudowne. Dzięki nim przetrwałam. Misiek też wspiera mnie jak może. Cudownie jest widzieć jak mocno kocha chłopców, jak się nimi opiekuje, jak robi wszystko, żeby byli szczęśliwi, zdrowi i bezpieczni.

Dziś wiem jak bardzo się myliłam myśląc, że małżeństwo jest nudne. Ciągle się zmieniamy, każdy dzień jest inny i choć może teraz nie jest rewelacyjnie, to wierzę, że za chwilę znów będzie.

 

22 kwietnia 2014 roku urodziło się Małe Misiątko numer 2 :)  Chłopak :)

Okazało się, że kiedy położna kładzie Ci na brzuchu zawiniątko z cieplutkim noworodkiem, już wiesz, że kochasz go tak samo jak tego pierwszego. Moje obawy okazały się kompletnie bezpodstawne, a pokłady miłości wprost nieograniczone :)

 Pobyt w szpitalu, niby krótki, a dla mnie trwał wieki i był najgorszym co spotkało mnie w ciągu ostatnich dwóch lat. Cieszyłam się z narodzin MM2, ale tęsknota za MM1 zjadała mnie od środka tak mocno, że słysząc jego głos w słuchawce telefonu, nie mogłam nie płakać. Czułam, że szczęśliwa będę dopiero kiedy wrócę do domu i będę miała przy sobie ich obu.

 Macierzyństwo po raz drugi wcale nie okazało się łatwiejsze niż za pierwszym razem. Niby problemy podobne, jak nie takie same, a jednak wcale nie są mniejsze niż za pierwszym razem. Zapytana jak się czuję mogę tylko odpowiedzieć, że od dwóch miesięcy jestem totalnie niewyspana, a od miesiąca ustawicznie głodna. MM2 ma mega alergie pokarmową i moja dieta sprowadza się do 5 może 6 produktów spożywczych. Długo tak nie pociągnę, a i moją laktację też w końcu zupełnie szlag trafi. Poza tym znów straciłam, dopiero co odzyskane przy rocznym MM1, resztki swojego prywatnego życia i to też nie wpływa na mnie najlepiej. Taki to czas kiedy samotne wyjście na mani i pedi (jak mówi moja znajoma) stało się moim największym marzeniem. Jak pisałam, kocham MM2 ale bardzo bym chciała, żeby miał już te chociaż pół roku, żeby przesypiał całe noce i jadł zupki, żebym ja już nie musiała go karmić.

Całe życie bałam się takiej miłości… Miłości tak wielkiej i silnej, że nie ma się nad nią kontroli. Zawsze wybierałam bezpieczeństwo i siłę rozsądku. Wszystko zmieniło się 29 września 2012 roku.

Teraz kocham jak wariat, bez granic, bez względu na wszystko, do szaleństwa! Wiem, że taka miłość mogłaby mnie zniszczyć, bo stała się sensem mojego istnienia, ale teraz to już nie ma żadnego znaczenia, bo liczy się tylko On. Pierwszy raz w życiu nie mam żadnej kontroli nad tym co czuję, nie mogę tego ograniczyć czy powstrzymać. Wobec Niego jestem zupełnie bezbronna.

19 t. c. a ja zastanawiam się jak ja pokocham to drugie Małe Misiątko. Oczywiście staram się dbać o nie już teraz, robię co mogę żeby było bezpieczne ale nie umiem sobie wyobrazić co będzie kiedy ono się urodzi.

Chciałam, żeby mój syn miał rodzeństwo. Chciałam, żeby nie był sam na świecie, kiedy zabraknie i mnie i Miśka. Teraz zastanawiam się czy jednak czegoś mu nie odbieram, jakiejś części siebie, która będzie należała do drugiego MM. Czasami myślę, że może trochę się pośpieszyliśmy, że może trzeba było poczekać aż poczuję, że tak bardzo, bardzo chcę drugiego MM. Jednak czy przy pierwszym to poczułam? Nie! Ale dziś dzięki Niemu jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Pocieszam się, że może w chwili kiedy drugie MM pojawi się na świecie, wszystko stanie się tak naturalnie proste.

o rodzinie…

Brak komentarzy

Minął już ponad rok od narodzin Małego Misiątka i chociaż nie byłam przekonana do macierzyństwa, to muszę stwierdzić, że to najlepsze co mnie w życiu spotkało.

Małe Misiątko jest dzieckiem idealnym, grzecznym, wesołym, serdecznym i tak mądrym, że czasem zastanawiam się po kim on jest aż tak mądry.

Macierzyństwo dla mnie to dość trudne zadanie, które wymagało rezygnacji z samej siebie, ze swoich przyzwyczajeń i potrzeb ale nie żałuję, bo to co dostałam w zamian sprawia, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

Małe Misiątko okazało się też takim rodzinnym spoiwem. Od jego narodzin na nowo poznaje mojego męża, który ciągle mnie zaskakuje. Nasze małżeństwo nabrało znaczenia, staliśmy się rodziną, rodziną która jest dla mnie najważniejsza.

Zdecydowanie zmieniają się priorytety kiedy okazuje się, że masz dla kogo żyć, że jesteś za kogoś w 100% odpowiedzialny. A w maju urodzi się drugie Misiątko…

Zawieszona w społecznej próżni. Mamusie z wózkami na spacerach mijają mnie łukiem, bo obok mojego wózka biegają dwa buldogi, a buldogowe forum zabroniło mi przyjechać na zlot z dzieckiem.

1 czerwca na usg okazało się, że Małe Misiątko jest chłopcem :) Taka byłam szczęśliwa tego dnia :) Tak bardzo chciałam mieć syna :)

Do końca ciąży nie było łatwo. Ciężko mi było nawet założyć skarpetki, czułam się jak namiot cyrkowy i nie mogłam na siebie patrzeć. 2 tygodnie przed porodem moje ciśnienie skoczyło jeszcze bardziej i już w ogóle źle się czułam. Termin porodu był na 5-8 października i zastanawiałam się jak ja to wytrzymam.

29 września (sobota) o godz. 2.30 odeszły mi wody, jakieś 30 min później zaczęły się skurcze, a o godz. 12.45 urodził się Mały Miś :)

Poród był okropny i zapiszę sobie, żeby nie zapomnieć, że bolało tak jak nic nigdy wcześniej. Gdyby zostawiono mnie z tym bólem samą to wyskoczyłabym przez okno!

Na szczęście nie byłam sama, Misiek był ze mną cały czas i bardzo mi pomagał. Nie gadał bez sensu, nie pocieszał mnie jakimiś pierdołami, po prostu był. Podawał mi rękę, pomagał zmieniać pozycje, trzymał kiedy nie mogłam stać. Tego dnia był ideałem (muszę wracać myślami do tego dnia za każdym razem kiedy mam ochotę udusić Go poduszką).

Poza tym niebiosa zesłały mi cudowną położną Ule, która odwaliła kawał świetnej roboty i bez której chyba bym nie urodziła.

Kiedy położyli mi Misiątko na brzuchu, nie mogłam uwierzyć, że On naprawdę był w moim brzuchu. Nie ma w życiu drugiej tak magicznej chwili jak ta kiedy pierwszy raz dotykasz swoje dziecko.

Mały Miś ważył 3,585 kg i mierzył 54 cm (więc nie jakiś kolos, a straszyli mnie, że będzie ważył ponad 4 kg).

Jakoś tak wyszło, że (oczywiście za dodatkową opłatą) mieliśmy indywidualną salę i Misiek mógł zostać z nami w szpitalu. To była wielka pomoc i ogromne wsparcie psychiczne, że nie byłam sama z dzieckiem, którego nawet bałam się dotykać. Jeśli jeszcze kiedyś będziemy mieli rodzić to z pełną premedytacją wcześniej zarezerwujemy taką salę.

Ze szpitala wypuścili nas już w poniedziałek. Cieszyłam się, że wracamy do domu ale szybko okazało się, że jestem totalnie zagubiona i jeszcze bardziej bezradna niż w szpitalu.

Pierwsze 2 tygodnie to był koszmar, większość przepłakałam. Z jednej strony przepełniało mnie niewyobrażalne szczęście, a z drugiej ogromny strach. Na dodatek każdy mówił co innego i moje przerażenie było coraz większe. W czwartek przyszła do nas położna środowiskowa z przychodni rejonowej i się zaczęło „ale on strasznie żółty! Badali mu poziom bilirubiny?”, „i nie zrobili mu usg głowy”. Jak tylko wyszła, zaczęłam na już organizować wizytę u pediatry.

2 godz. później u pediatry okazało się, że Mały Miś za mało przybrał na wadze i w tym momencie rozpoczął się (trwający nadal) koszmar z karmieniem. Pediatra dał skierowanie na badanie poziomu bilirubiny (którego btw nie zrobiliśmy, bo zaspaliśmy na umówioną wizytę na pobranie). W poniedziałek na Madalińskiego neonatolog stwierdził, że Mały Miś już właściwie nie jest żółty i nie ma sensu Go kłóć. Za to już we wtorek wcześniejszy pediatra kazał już zrobić całą morfologię, a nie tylko bilirubinę. Mały Miś okropnie płakał w zabiegowym, a ja okropnie płakałam pod zabiegowym. Chciałam tam wpaść, wyrwać Go i uciec na koniec świata (gdziekolwiek to jest). Poczułam ogromną ulgę kiedy Misiek dał mi Go na ręce i mogłam Go przytulić.

Morfologia oczywiście wyszła dobra, a do pediatry chodzimy już innego.

Początki były bardzoooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo trudne, a dziś Mały Miś ma już 6 tygodni i dzień 3, i jest już trochę lepiej.

Karmienie nadal nie jest łatwe – nigdy nie wiem ile zjadł z cycka i nie mam żadnej pewności czy się najadł czy nie. Dokarmiam Go czasami butelką ale też nie jest fajnie kiedy się przeje, a że się przejadł to wiadomo dopiero jak płacze przez 3 godziny, wierzga, macha rączkami i sra na potęgę.

Przewijanie, przebieranie i kąpanie jakoś nam wychodzi. Pierwsze body wkładane przez głowę założyłam po 3 tygodniach. Wcześniej tylko pajacyki rozpinane od góry do dołu. Od jakiegoś czasu przestał się w wanience drzeć, chyba ma coraz więcej frajdy z kąpieli. No i generalnie jest lepiej, a ja nie płakałam już kilkanaście dni (no przynajmniej nie z tego powodu co wcześniej).

 

C.D. nastąpi a teraz muszę lecieć bo Szefunio się budzi :)


  • RSS